Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałbrzych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałbrzych. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Ruprechtický Špičák



Wyrwać się z miasta, wyrwać zasiedziałe w fotelu cztery litery, wyrwać korzenie monotonii i bylejakości i wyruszyć gdzieś, gdziekolwiek, gdzie indziej . Ostatnimi czasy udaje się to nam częściej niż zwykle i choć nigdy nie będę wielką miłośniczką motoryzacji, wiem, jak bardzo potrafi ona ułatwić wybycie z miasta i uniknięcie zasiedzenia na śmierć. Wyruszyliśmy więc niby mimochodem, niby przy okazji, załatwiliśmy co było do załatwienia w urzędzie w Wałbrzychu i czmychnęliśmy czym prędzej w góry. Koło schroniska Andrzejówka położonego w Górach Suchych, najwyższym paśmie Gór Kamiennych, porzuciliśmy zbędny balast w postaci samochodu i ruszyliśmy prosto w las -  listopadowy, piękny, chłodny i słońcem rozświetlony. Czasami nie trzeba niczego więcej, niż droga na szczyt.  Górski szczyt rzecz jasna, bo takie szczyty nas interesują szczególnie :)
PTTK Andrzejówka w pełnej krasie



W drodze na Ruprechtický Špičák


Wieża widokowa na szczycie Szpiczaka







sobota, 20 października 2012

Oswoić Mordor - Wałbrzych



Wczoraj był wielki dzień. Mit Wałbrzycha jako Mordoru i miasta o piekielnych korzeniach miał zostać obalony, ale ostatecznie okazało się, że nie jest to w pełni możliwe. Wałbrzych poza tym, że pięknie rozlewa się w dolinach pomiędzy otaczającymi go wzniesieniami  i tego nie śmiem kwestionować,  od zawsze w mojej podświadomości jawił się jako miasto zaniedbań, rażących kontrastów i bijących po oczach problemów. Z wyprawy do Książa w dzieciństwie pamiętam tylko, że Wałbrzych to wspomnienie obdrapanych kamienic i miejsc pełnych brzydoty, które raziły już wtedy dziecięcy, niezbyt wyrobiony gust estetyczny. W późniejszych latach wszystkie smutne filmy o polskich patologiach zaczęły kojarzyć mi się z Wałbrzychem w roli „scenografii idealnej”. Jadąc wielokrotnie pociągiem przez to miasto w oczy rzucało się wysypisko sąsiadujące z torami, z którego wiatr rozwiewał po okolicy śmieci maści wszelakiej, a foliówki nanizane na gałęzie drzew, tworzyły ich  poliestrowe, sztuczne korony. Widok nie tyle dziwny, co zasmucający. O pokopalnianych pustostanach i opuszczonych fabrykach, jako oczywistym elemencie krajobrazu nie ma nawet sensu się rozpisywać. Takie sobie smutne miasto, niby duże, niby zabytkowe, ładnie położone, ze wspaniałą tradycją produkcji porcelany, górnictwa i wód leczniczych,  a jednak jego urok przykrywa gruba warstwa smutku, zmarnowanych szans i wydobytego, zalegającego na hałdach urobku.
Wczoraj miałam się przekonać, że się mylę, że jestem uprzedzona, że zbyt mało wiem, by od razu skazywać Wałbrzych w mej świadomości  na wieczne potępienie. Ja nikogo skazywać nie zamierzam, a już tym bardziej miejsc ciekawych, więc ochoczo podjęłam wyzwanie zapoznania się z Waldenburgiem od tej lepszej strony.  Pogoda sprzyjała, październikowe lasy  na z wzgórzach zapraszały ciepłą paletą  barw, więc nawet obdrapane kamienice tuż przy świeżo wyremontowanym, wciąż niezagospodarowanym  dworcu Wałbrzych-Miasto, zdawały się być przyjemne. Ale później okazało się, że chodniki są zbyt wąskie, by móc się na nich minąć z kimkolwiek, że ulice są niebezpieczne i nieprzystosowane dla pieszych, że ilość brzydkich budynków o mrocznych bramach i klatkach schodowych wzrasta wraz z każdym przebytym metrem, a Kino Górnik straszy swą pustką i okropnym graffiti. A, no i ławki koło starostwa są z plastiku (oszczędność czy większa odporność na wandali? – ciężko powiedzieć), a koszy na śmieci po drodze nie uświadczysz - przypominam, że wciąż poruszaliśmy się w obrębie śródmieścia, czyli było nie było, dość ważnej części miasta. Na szczęście szybko przemieściliśmy się w okolice Placu Magistrackiego, a później Rynku, gdzie widoki były już bardziej przyzwoite, na szczęście słońce świeciło jak szalone i na szczęście zdjęcia były robione tylko w tych „fotogenicznych miejscach”, zwłaszcza na Górze Parkowej (Park Sobieskiego), która jesienią zachwyca. Później, gdy wracaliśmy już na pociąg, wolałam przymknąć oczy na brud i zaniedbanie, na  opuszczony stadion Górnika Wałbrzych, na panią z wąsem jak Freddie Mercury i na to,  że psie kupy walają się jak kasztany po chodnikach. 


Plac Magistracki



Tuż obok Rynku...

Pałac Czetryców




Widok na miasto z Parku Sobieskiego



sobota, 8 października 2011

ekspresowa wycieczka samochodowa


Cofamy się w czasie – niezbyt odlegle, ale na tyle daleko, żeby znów móc poczuć wrześniową aurę. Tak naprawdę dopiero od dwóch dni mamy jesień jesienną z wiatrem i szaroburością, a jeszcze dwa dni temu było idealnie, bo któż nie lubi słońca, szeleszczących liści i babiego lata. Dopiero dwa dni temu wyjęłam kurtkę i nagle musiałam sobie przypomnieć jak to jest odczuwać zimno. Dziwne uczucie – niby znajome, a jednak jakby poznawane na nowo. Tyle o pogodzie, bo w końcu żaden ze mnie Jarek Kret, no chyba, że ślepota z powodu nienoszenia okularów jakoś mnie z nim łączy. 

No, to czas na relację, bo rzekomo jest to blog o podróżach. Byliśmy całkiem niedawno (czyt. we wrześniu) w Skalnym Mieście czyli w Národní přírodní rezervace Adršpašskoteplické skály –  nie umiem odmieniać po czesku, więc wklejam w formie nieodmienionej, ale czeski na zawsze pozostanie moją małą słabostką i niespełnionym marzeniem językowym, więc oryginalna nazwa musiała się pojawić. Nie byliśmy tam sami, bo tak się złożyło, że pojechaliśmy z rodzicami, którzy wycieczkują ostatnio nieustannie, przekraczając wszystkie dopuszczalne normy i zaprzeczając statystykom o statecznym wieku średnim.  S. ułożył trasę tak, żeby po drodze dało się jeszcze coś zobaczyć poza poboczami i rowami, także czasem skróty które wybierał przyprawiały mnie o nudności (zakręty na wąskich, wyboistych, biegnących to w górę to w dół drogach dawały się we znaki) i nerwowe ziewanie mające na celu uchronienie mojego organizmu przed omdleniem w skutek niedotlenienia. Tak, tak jazda samochodem nigdy nie należała do moich ulubionych form przemieszczania się, bo zamiast podziwiać widoczki za szybą myślę tylko o przewracającej się treści mojego żołądka i o tym, ile jeszcze trzeba będzie wytrzymać nim dane mi będzie zaczerpnąć powietrza innego, niż stęchłe , zawiesiste, nieruchome, pełne zapachu choinki odświeżającej i płynu do spryskiwacza, które wypełnia klaustrofobiczną przestrzeń auta. Dobrze, że przystanków po drodze było sporo, bo  to pozwoliło mi przetrwać podróż, a mamie i tacie zobaczyć mało znane miejsca o dużej dawce atrakcyjności. 


Najpierw więc Świdnica, z wyględnym rynkiem i ratuszem bez wieży, który na odbudowaną wieżę w końcu ma się doczekać, z katedrą gotycką o wieży z kolei wielce imponującej, bo ponad stumetrowej, z protestanckim Kościołem Pokoju w mojej ulubionej konstrukcji szachulcowej, który „…musiał być lokowany poza murami miasta, oddalony od nich na odległość strzału armatniego, nie mógł mieć dzwonnicy, musiał być zbudowany z materiałów nietrwałych (drewna, słomy, piasku, gliny), a dodatkowo okres budowy nie mógł przekroczyć  1 roku”, te obwarowania i restrykcje nie przeszkodziły w jego budowie i teraz można go podziwiać w pełnej krasie w otoczeni starych drzew i równie starych płyt nagrobnych.  Klimat jak się patrzy.




Następnie zapora w Zagórzu Śląskim na Jeziorze Bystrzyckim (Lubachowskim) – 44 m wysokości, genialne położenia, bo nie ma lepszych widoków niż tafla wody otoczona przez szczyty, co zawsze kojarzy mi się ze Szwajcarią, w której rzecz jasna nigdy nie byłam, ale sama sobie dopowiadam, że tak powinno to wyglądać.
Kolejna atrakcja na trasie – zamek Grodno, aż się zdziwiłam jak go zobaczyłam, bo nigdy o nim nie słyszałam, a tu takie pozytywne wrażenie – renesansowe zabudowania dziedzińca połączone ze średniowieczną bryłą samego zamku wyniesioną na wzgórzu położonym w zakolu jeziora. Po prostu jest tam ładnie. No i widoki z wieży, które niestety znam tylko ze zdjęć, bo zgłosiłam się na ochotnika mniej lub bardziej przymusowego, który podczas zwiedzania wieży został z Kukim na dole i próbował wymyślać mu jakieś psie zabawy, byleby zapomniał, że reszta wycieczki go zostawiła i poszła gdzieś bez niego. Bezskutecznie.
Kuki panicznie boi się, że zostanie wrzucony/zrzucony/zepchnięty do wody. Taka fobia.


Dżentelmen z łasiczką pozuje na tle armaty na zamku Grodno

Do tej pory nie wiem o co chodziło z tym szczurem na smyczy trzymanym przez szkieletora

Widoczki dalekosiężne z wieży


Po dzikich skrótach i wytrzęsieniu na wybojach po polskiej stronie dotarliśmy w końcu do czeskiego Skalnego Miasta, a że pogoda była przednia, to dotarliśmy tu razem z tłumem innych turystów,  niedzielnych wycieczkowiczów i innych nieprzystosowanych do chodzenia, za to świetnie przygotowanych do marudzenia, indywiduów.  Cóż było robić, trzeba było przymknąć oko na te rzesze ludzkie i udawać, że wcale nie przeszkadzają one w zwiedzaniu. Pies też miał swój bilet wstępu za 10 koron i w ramach tej ceny dostał worek na kupę z nabierką, niestety nie zechciał skorzystać z tych dobrodziejstw, bo za bardzo był zaaferowany ciąganiem mnie na wszystkie strony i narzucaniem morderczego tempa zwiedzania, bo zawsze musi być na przedzie.  




Szmaragdowe jeziorko w Skalnym Mieście kontemplowane przez S.
Kuki brodzi i ma łapki jak wyderka

Spragniony gołąb, poczęstowany przez mamę wodą w kubeczku


Kuki jak zwykle się robił podchody, żeby się napić ze strumienia. Na podchodach się skończyło.

Atrakcyjna faktura skalnej ściany.

Tak przegnani przez przewodnika stada, czyli Kukiego ostatkiem sił zdecydowaliśmy się w drodze powrotne zahaczyć jeszcze o Szczawno Zdrój, żeby wraz z kuracjuszami zaczerpnąć trochę uzdrowiskowej atmosfery. A w uzdrowisku jak to w uzdrowisku – wszyscy łażą bez celu, okupują ławki, kawiarnie i wydają pieniądze na niepotrzebne rzeczy.  Jednym słowem błogostan.